The Wall

Przekład: Lasotnik   |   Mur (1979)


WE WŁASNEJ OSOBIE?

A więc, pomyślałeś sobie:
Możnaby skoczyć na koncert.
Poczuć ten ciepły dreszczyk zmieszania
Niczym blask Gwiezdnego Kadeta.
Powiedz mi słonko, czy coś ci umknęło?
Czy nie jest to tym, co spodziewałeś się ujrzeć?
Jeśli chcesz się dowiedzieć
Co za tym chłodnym spojrzeniem,
Utoruj swą drogę przez tę maskaradę!


CIENKI LÓD

Mama kocha swą dzidzię
I tatuś też cię kocha.
Morze być może ciepłe dla ciebie,
A niebo być może błękitne.
Lecz ojojoj, dziecinko...
Ojoj, mały smutasku...
Jeśli pójdziesz się ślizgać
Po cienkim lodzie nowoczesnego życia,
Ciągnąc za sobą cichutki żal
Miliona łzawiących oczu...
Nie dziw się proszę, gdy pęknięcia lodu
Pojawią się pod twymi stopami.
Wymkniesz się poza uczucia i rozum
Ze strachem sączącym się z ciebie,
Gdy będziesz chwytał się cienkiej tafli...


KOLEJNA CEGŁA W MURZE (CZĘŚĆ 1)

Tatuś odleciał za ocean
Zostawiając tylko pamięć.
W rodzinnym albumie fotografię...
Co jeszcze dla mnie zostawiłeś, tatku?
Tato, co mi pozostawiłeś po sobie?
Ogólnie rzecz biorąc, była to tylko cegła w Murze.
Ogólnie rzecz biorąc, wszystko było cegłami Muru.


NAJSZCZĘŚLIWSZE DNI NASZEGO ŻYCIA

- Ty! Tak, ty! Stój spokojnie, koleżko!
Gdy podrośliśmy, poszliśmy do szkoły.
Byli tam pewni nauczyciele,
Którzy krzywdzili dzieci tak, jak tylko mogli.
Chlustali swoim kpiarstwem
We wszystko, co robiliśmy.
Wytykali każdą słabość,
Choćby nie wiem jak bardzo starannie ukrywaną.
Lecz w całym mieście było wiadomo:
Kiedy wracali wieczorem do domów,
Ich żony, spasione psychopatki
Katowały ich niemal na śmierć.

 

KOLEJNA CEGŁA W MURZE (CZĘŚĆ 2)

Nie potrzebujemy wykształcenia,
Nie potrzebujemy nadzoru nad myślami,
Ani mrocznego sarkazmu w klasie.
Zostawcie dzieci w spokoju, nauczyciele.
Hej, nauczycielu!
Daj dzieciakom spokój!
Ogólnie rzecz biorąc,
Jest to tylko kolejna cegła w Murze.
Ogólnie rzecz biorąc,
Jesteś tylko kolejną cegłą w Murze.
- Źle! Zrób to jeszcze raz!
- Jeśli nie zjesz mięsa, nie dostaniesz deseru!
Jak możesz dostać deser, skoro nie zjadłeś mięsa?!
- Ty tam! Ty, za garażem! Stój spokojnie, koleżko!


MATKA

Mamo, czy myślisz, że zrzucą bombę?
Mamo, czy sądzisz, że polubią tę piosenkę?
Mamo, czy uważasz, że spróbują mnie złamać?
Och, mamciu...
Mamo, czy zbudować Mur?
Mamo, czy kandydować na prezydenta?
Mamo, czy powinienem ufać rządowi?
Mamo, czy postawią mnie przed plutonem egzekucyjnym?
Och, mamciu...
Czy to nie jest strata czasu?
Spokojnie, kochanie. Cicho już, nie płacz.
Mamusia ci ziści wszystkie koszmary,
Mamusia przeleje na ciebie obawy,
Mamusia zatrzyma cię pod skrzydłami,
Nie pozwoli ci latać,
Lecz będziesz mógł śpiewać.
Mamusia zapewni wygodę i ciepło.
Ach, dziecinko...
Oczywiście, że mama pomoże zbudować Mur.
Mamo, czy myślisz, że ona jest dość dobra...
Dla mnie?
Mamo, może sądzisz, że jest niebezpieczna...
Dla mnie?
Mamo, czy ona porwie mnie na strzępy?
Och, mamciu...
Mamo, czy ona złamie moje serce?
Uspokój się, kochanie. Cicho już, nie płacz.
Mamusia posprawdza wszystkie twoje dziewczyny,
Mamusia nie przeoczy żadnej nieuczciwej.
Mamusia poczeka, aż wrócisz do domu.
Mamusia dowie się gdzie byłeś, u kogo.
Mamusia zadba o to, by dzidzia była zdrowa i czysta.
Ach, dziecinko...
Zawsze będziesz dla mnie dzidzią.
Mamo, czy Mur musiał być tak wysoki?


ŻEGNAJ, BŁĘKICIE NIEBA

- Spójrz mamusiu, samolocik na niebie!
Czy widziałeś wystraszonych?
Czy słyszałeś spadające bomby?
Czy zastanawiałeś się dlaczego
Pierzchaliśmy do kryjówek,
Gdy świat nowy i odważny
W obietnicach rozkwitł
Pod przejrzystym i błękitnym niebem?
Czy widziałeś wystraszonych?
Czy słyszałeś spadające bomby?
Płomienie dawno zgasły,
Lecz dalej pali ból.
Żegnaj, błękicie nieba.
Żegnaj, błękicie nieba.
Żegnaj...


PUSTE MIEJSCA

Czego by tu użyć...
By zapełnić...
Wszystkie puste miejsca...
W których...
Kiedyś rozmowy, a teraz...
Dziury...
Czym wypełnię...
Ostatnie przestrzenie?
Jak mam ukończyć...
Budowę Muru?


MŁODOCIANA ŻĄDZA

Jestem tutaj nowy,
Obcy temu miastu.
Gdzie tu są atrakcje?
Kto oprowadzi nieznajomego?
Uuuuu, trzeba mi grzesznej kobiety...
Uuuuu, trzeba mi grzesznej panienki...
Czy na tym pustkowiu znajdzie się babka,
Która uczyni mnie prawdziwm facetem?
Przygarnij rockowego uchodźcę,
Złotko, uwolnij mnie od tego.
Uuuuu, trzeba mi grzesznej kobiety...
Uuuuu, trzeba mi grzesznej panienki...
- Halo?
- Rozmowa z panem Floydem na koszt Pani Floyd,
Czy akceptuje Pan koszt rozmowy ze Stanami Zjednoczonymi?
Oj, odłożył słuchawkę. To pańska rezydencja, prawda?
Zastanawiam się czemu się rozłączył... Czy oprócz pańskiej żony
Powinien być tam jeszcze ktoś, kto mógł odebrać telefon?


JEDEN Z MOICH NAPADÓW

 

- Boże! Jaki świetny pokój! To wszystko twoje gitary?
To miejsce jest większe niż całe nasze mieszkanie!
Mogę się napić wody? Tobie też przynieść?
O rany, jaka wanna! Chcesz się wykąpać?
Co oglądasz? Dobrze się czujesz?

Dzień po dniu,
Miłość szarzeje
Niczym skóra umierającego człowieka.
I noc po nocy
Udajemy, że wszystko w porządku,
Lecz ja sam zdziadziałem,
Ty stałaś się oziębła
I nic nas już tak nie bawi.
Wyczuwam, że... 
Tu zbliża się...
Jeden z tych moich napadów.
Czuję się zimny jak ostrze brzytwy,
Ciasny jak opatrunek,
Suchy jak dźwięk pogrzebowego werbla...
Biegnij do sypialni!
W walizce po lewej znajdziesz
Moją ulubioną siekierę.
Nie stój taka przerażona,
To tylko przejściowy okres,
Jeden z mych kiepskich dni!
Chcesz oglądać telewizję?
Czy wskoczymy pod kołderkę?
Pokontemplujemy ciszę autostrady?
A może coś zjesz?
Może chcesz uczyć się latać? Chcesz?
Może chcesz popatrzeć na mnie, jak próbuję?
Zechcesz zawiadomić gliny?
Czy uważasz, że czas przestać?
Dlaczego ode mnie uciekasz?


NIE ZOSTAWIAJ MNIE TERAZ

Och, kochanie...
Nie zostawiaj mnie teraz.
Nie mów, że to już koniec.
Pamiętasz kwiaty, które przysłałem?
Potrzebuję cię, kotku...
By zrobić z ciebie pośmiewisko
Przy moich kolegach.
Och, kochanie...
Nie zostawiaj mnie teraz!
Jak mogłaś odejść?
Przecież wiesz jak bardzo cię potrzebuję,
By sprać cię na papkę w sobotni wieczór.
Och, kochanie...
Nie opuszczaj mnie teraz!
Jak możesz mnie tak traktować?
Uciekasz sobie.
Potrzebuję cię, kochanie...
Dlaczego uciekasz?
Och, kochanie!


KOLEJNA CEGŁA W MURZE (CZĘŚĆ 3)

Nie potrzebuję żadnych objęć.
Nie potrzebuję prochów na uspokojenie.
Widziałem co napisali na murze.
Nie myśl sobie, że będę czegoś potrzebował...
Nie! Nie myśl, że potrzebuję czegokolwiek!
Ogólnie rzecz biorąc,
Były to tylko cegły w Murze.
Ogólnie rzecz biorąc,
Wszyscy byliście tylko cegłami Muru.

 

ŻEGNAJ, OKRUTNY ŚWIECIE

Żegnaj, okrutny świecie,
Dzisiaj cię opuszczam.
Żegnaj...
Żegnaj...
Żegnaj.
Żegnajcie, wszyscy ludzie.
Nie możecie powiedzieć niczego,
Co zmieniłoby moje zamiary.
Żegnajcie...

 

HEJ TY

Hej ty, co w chłodzie tam,
Coraz starszy, całkiem sam,
Czy czujesz mój dotyk?
Hej ty, co stojąc w przejściu
Tracisz uśmiech, drepczesz w miejscu,
Czy czujesz mój dotyk?
Hej ty, nie pomagaj im pogrzebać światła!
Nie poddawaj się bez próby walki...
Hej ty, sam sobie zostawiony,
Przy słuchawce obnażony,
Czy mnie dotkniesz?
Hej ty, co swe ucho masz przy ścianie,
Czekające na wołanie,
Czy mnie dotkniesz?
Hej ty, czy pomożesz mi dźwignąć ten głaz?
Otwórz swe serce, do domu czas...
Lecz wszystko to było jedynie mrzonką.
Widocznie zbyt wysoki był już jego Mur.
Nie ważne jak się starał,
Wyjść nie umiał już.
I robactwo wżarło się w jego mózg...
Hej ty! Zawsze na tej drodze stoisz,
To, co każą zawsze robisz,
Czy mógłbyś pomóc?
Hej wy! Gdzieś za murem słyszę trzaski,
Tłuczone w korytarzu flaszki,
Czy moglibyście pomóc?
Hej ty! Nie mów, że jest beznadziejnie.
Staliśmy razem, upadamy oddzielnie...

 

JEST TAM KTO?

Jest tam kto?
Jest tam kto?
Jest tam kto?
Jest tam kto?

 

NIKOGO W DOMU

Mam mały, czarny notesik z wierszami,
Woreczek na szczoteczkę do zębów i grzebień,
Gdy jestem dobrym psem, to wrzucają mi tutaj kość.
Mam elastyczne paski do butów
I przygnębienie z powodu opuchniętych dłoni.
Mam do wyboru trzynaście kanałów telewizyjnego szajsu.
Mam elektryczne światło
I pewien dodatkowy wzrok.
Mam zdumiewające zdolności
Obserwowania.
I stąd właśnie wiem...
Jeśli spróbuję się przebić
Telefonując do ciebie,
To nie zastanę nikogo w domu.
Mam obowiązkową trwałą jak Hendrix
I dziurki nieuniknione,
Wypalone na przedzie ulubionej, satynowej koszuli.
Mam na palcach plamy od nikotyny
I srebrną łyżkę mam, na łańcuchu.
Mam też fortepian, by jakość podpierać swe szczątki.
Mam wpatrujące się dziko oczy
I silną potrzebę, by latać...
Lecz nie mam dokąd polecieć.
Ach, kochanie!
Gdy tylko podnoszę słuchawkę,
Nadal nikogo nie ma w domu.
Mam parę butów do górskich wędrówek,
Oraz więdnące korzenie...

 

VERA

Czy ktoś tutaj pamięta Verę Lynn?
Pamiętacie jak mówiła, że
Spotkamy się jeszcze kiedyś,
Pewnego słonecznego dnia?
Vero! Vero!
Co się z tobą stało?
Czy ktokolwiek tutaj
Może czuć to samo?

 

SPROWADŹCIE CHŁOPCÓW DO DOMU

Sprowadźcie chłopców do domu!
Sprowadźcie chłopców do domu!
Nie zostawiajcie dzieci na pastwę losu, nie!
Nie!

Sprowadźcie chłopców do domu...
- Czas już iść! Czas już iść!
- Dobrze się czujesz?
- Czas już iść!

 

WYGODNIE ODRĘTWIAŁY

Witaj...
Czy zastałem kogoś w środku?
Jeśli słyszysz, po prostu kiwnij głową.
Czy jest ktokolwiek w domu?
No, dalej...
Podobno nie masz się najlepiej.
Mogę złagodzić ból,
Znów postawić cię na nogi.
Uspokój się...
Muszę najpierw poznać fakty,
Same podstawowe sprawy.
Wskaż mi miejsce, które boli...
To nie jest ból, ty zanikasz.
Jesteś jak dym statku na horyzoncie.
Docierasz tutaj tylko przez fale.
Ruszasz ustami, lecz nie słyszę twoich słów.
Gdy byłem dzieckiem, miałem gorączkę.
Zamiast swych dłoni czułem dwa balony.
Uczucie to wróciło dziś,
Nie umiem wyjaśnić, nie zrozumiałbyś.
Ja przecież taki nie jestem...
Stałem się wygodnie odrętwiały.
W porządku...
To tylko małe ukłucie,
Nie będzie więcej: 
aaaaaaaaaaaaaa!!
Lecz możesz poczuć lekkie mdłości.
Czy możesz wstać?
Wierzę, że to działa...
Dobrze.
To pomoże ci wytrzymać jakoś występ.
Chodź, już czas wychodzić...
To nie jest ból, ty zanikasz.
Jesteś jak dym statku na horyzoncie.
Docierasz tutaj tylko przez fale.
Ruszasz ustami, lecz nie słyszę twoich słów.
Gdy byłem dzieckiem, coś mi mignęło,
Coś ulotnego w kącie oka.
Spojrzałem tam - zniknęło mi,
Wskazać nie umiem tego dziś.
Dziecko dorosło, prysnęło marzenie
I stałem się wygodnie odrętwiały...

 

PRZEDSTAWIENIE MUSI TRWAĆ

Och, mamciu...
Och, tatku...
Czy przedstawienie naprawdę musi się odbyć?
Och tatku, zabierz mnie do domu!
Och mamciu, pozwól mi stąd zbiec!
Musiał wyniknąć poważny błąd,
Moim zamiarem nie było to,
By duszę moją ot, zabrali stąd.
Czyżbym za stary był? Czy za późno jest?
Och, mamciu...
Och, tatku...
Dokąd uciekło uczucie?
Och, mamciu...
Och, tatku...
Czy nie zapomnę tekstu?
Przedstawienie musi trwać.

 

WE WŁASNEJ OSOBIE

A więc, pomyślałeś sobie:
Możnaby skoczyć na koncert.
Poczuć ten ciepły dreszczyk zmieszania
Niczym blask Gwiezdnego Kadeta...
Mam dla ciebie złe wieści, słonko!
Z Pinkiem jest kiepsko, został w hotelu,
Lecz przysłał tutaj nas jako substytut.
A naszym zamiarem jest się dowiedzieć,
Jacy wy, fani, naprawdę jesteście!
Czy są na widowni jakieś pedałki?
Pod mur z nimi!
Tam jest jeden, w świetle reflektora!
Dawajcie go pod mur!
Tamten coś żydowsko wygląda...
A ten jest czarnuchem!
Kto wpuścił tu taką hołotę?
Ten tutaj pali skręta,
A ten drugi ma pryszcze!
Gdyby zależało to ode mnie...
Rozstrzelałbym was wszystkich!

 

BIEGNIJ ILE SIŁ

Lepiej szybko zakryj twarz swoją ulubioną maską,
Ze ślepymi oczami i zamkniętą jadaczką,
Z twoim pustym uśmiechem i zgłodniałym sercem.
Poczuj jak żółć w tobie wzbiera
Od przeszłości pełnej win,
Ze strzępami twoich nerwów,
Kiedy pęknie kokon ci,
A od łomotania młotów runą w końcu drzwi.
Lepiej uciekaj!
Lepiej biegnij przez dzień cały i calutką noc,
A uczucia swe paskudne ukryj gdzieś daleko stąd.
A jeśli chcesz dzisiejszy wieczór spędzić z panną swą u boku,
Lepiej wóz zaparkuj gdzieś poza zasięgiem wzroku,
Bo jak przyłapią cię na tym, że dobierasz do niej się,
W kartonowym pudle matce twojej wyślą cię.
Lepiej uciekaj!

 

CZEKAJĄC NA ROBACTWO

Teraz już nie możecie mnie dosięgnąć,
Nie ważne jak się staracie.
Żegnaj, okrutny świecie,
To już koniec.
Niech się dzieje co chce...
Siedzę sobie w bunkrze,
Tu, za moim Murem,
Czekając na robactwo...
W doskonałym odosobnieniu,
Tu, za moim Murem,
Czekając na robactwo...
Czekam na wyrżnięcie próchna.
Czekam na oczyszczenie miasta.
Czekam, by podążyć za Robakami.
Czekam na czarne koszule.
Czekam na wypielenie słabeuszy.
Czekam na powybijanie ich szyb,
Na wywarzenie ich drzwi kopniakami.
Czekam na ostateczne rozwiązanie
I na wzmocnienie ucisku.
Czekam, by podążyć za Robakami.
Czkekam, aż sykną prysznice,
A piece ogniem buchną.
Czekam na pedziów i dzikich
I komuchów i Żydów.
Czekam, by podążyć za Robakami.
Czy Brytanię znowu górą
Chciałbyś ujrzeć, przyjacielu?
Wszystko co musisz zrobić,
To podążać za Robactwem.
A czy krewnych naszych barwnych
Chciałbyś posłać do ich domu?
Przyjacielu?
Wszystko co musisz zrobić,
To podążać za Robactwem.

 

STOP

Stop!
Ja chcę do domu...
Chcę zrzucić ten mundur
I opuścić przedstawienie.
Czekam tu, w tym lochu
Gdyż muszę wiedzieć...
Czy przez cały ten czas
Byłem winny?

 

PROCES

- Dzień dobry, Robalu, wysoki sędzio!
Niniejszym, przedstawiamy więźnia, który stoi tu przed tobą,
Schwytany na gorącym uczynku, gdy okazywał uczucia...
Uczucia niemalże ludzkiej natury! A to nie przejdzie...
- Wzywam nauczyciela!
- Wysoki sądzie, zawsze mówiłem, że on źle skończy.
Gdybym miał wolną rękę, mógłbym doprowadzić go do porządku.
Lecz miałem związane ręce, a ci o krwawiących sercach i artyści
Pozwolili mu uniknąć kary za jego zbrodnię.
Pozwólcie mi dołożyć mu chociaż dzisiaj!
- Szaleństwo na moim poddaszu...
Jestem wariatem, odebrano mi zmysły.
Nierówno pod sufitem, on oszalał...
- Ty mały gnoju, teraz siedzisz w tym po uszy.
Mam nadzieję, że wyrzucą klucz na zawsze.
Powinieneś był rozmawiać ze mną częściej, ale nie!
Musiałeś chodzić własną drogą!
Czy rozbiłeś ostatnio jakąś rodzinę?
Proszę tylko o 5 minut, szanowny Robalu,
Już ja z nim pogadam...
- Dzieciątko!
Drogie dziecko, wróć do matki.
Pozwól, niech cię obejmę.
Milordzie, nigdy nie chciałam,
By wpadł w jakieś tarapaty.
Dlaczego on w ogóle mnie opuścił?
Robalu, wysoki sędzio, pozwól zabrać go do domu...
- Szaleniec skaczący po tęczy...
Jestem zwyczajnie szalony, kraty w mym oknie...
Przecież muszą być gdzieś drzwi w tym Murze,
Przez które tutaj wszedłem!
Szaleniec skaczący po tęczy,
On jest zwyczajnie szalony...

- Dowodów winy podważyć nie sposób!
Ława przysięgłych nie musi się naradzać
Przed wydaniem wyroku.
Przez wszystkie lata sędziowania
Nie słyszałem o kimś bardziej zasługującym
Na pełny wymiar kary!
Sposób, w jaki zadałeś ból wspaniałej żonie
Oraz matce,
Powoduje u mnie chęć bezzwłocznego wypróżnienia!
Lecz pokazałeś nam, kolego,
To, czego boisz się najbardziej.
Skazuję cię na odsłonięcie przed podobnymi do ciebie!
Zburzyć mur!
Zburzyć mur! Zburzyć mur! Zburzyć mur!

 

ZA MUREM

Zupełnie sami albo parami,
Po drugiej stronie chodzą wzdłuż ściany
Ci, którzy naprawdę cię kochają.
Jedni trzymają się za ręce,
Inni spacerują w niewielkich grupach,
Są i artyści o krwawiących sercach.
Oni wszyscy już dawno wybrali stronę...
I gdy oddają ci całych siebie,
Niektórzy z nich chwieją się i upadają.
Bo nie jest w końcu tak łatwo
Walić swym sercem i walić w Mur cholernego szaleńca...